Termin HI-FI (high fidelity - wysoka wierność odwzorowania) funkcjonuje w środkach przekazu muzycznego od dekad. Posługiwaliśmy się tym terminem od czasów pierwszych wzmacnniaczy Diora, gdzie hi-fi oznaczało świetna jakość odtwarzanej muzyki. Aktualnie chyba już nikt nie używa tego terminu w takim znaczeniu bo sprzęt i nagrania muzyczne są wręcz przesadnie doskonałe, zwłaszcza w wydaniu cyfrowym. Zapewne z tego powodu można obserwować utrzymanie i nawet wzrost produkcji płyt analogowych, które poza doskonałym przekazem potrafią nawet nieco trzeszczeć po uszkodzeniach mechanicznych - chyba, że przed głośnikami dźwięk podlega obróbce filtrów. Ale czy nawet z trzaskami odtwarzana płyta winylowa nie jest hi-fi?
Ostatnio coraz częściej słyszymy o lo-fi (low fidelity - niska wierność odwzorowania) i to używanego z premedytacją. Jak dawniej hi-fi stanowiło o wyjątkowości tak teraz lo-fi jest wyrazem czegoś bardziej unikatowego. Widać to szczególnie wyraźnie w przypadku fotografii. Nie jest już sztuką zrobienie zdjęcia technicznie doskonałego. Prawie każdy smatphone to umie i to z mocnym wspomaganie postredukcyjnym oprogramowania i sztucznej inteligencji. Są rozwiązania, gdzie po prostu nie da się zrobić złego zdjęcia. W życiu codziennym, w sztuce i nauce stagnacja Jenak nie jest długowieczna. Ciągle czegoś poszukujemy i ciągle wracamy po nauki w przeszłości (szkoda, że politycy tego nie umieją). Dlatego lo-fi w fotografii zaczyna być czymś coraz bardziej interesującym i prezentowanym jako wyraz artystycznego przekazu bądź buntu przed tym co doskonałe. 
Czym jest lo-fi w fotografii?

Możesz także zobaczyć ...

Back to Top